Pożary aut elektrycznych – fakty kontra mity
Mario2026-07-10T14:41:14+02:00Są tematy, które wracają jak bumerang. Nieważne, ile razy zostaną wyjaśnione, i tak prędzej czy później ponownie rozgrzewają internet do czerwoności. Jednym z nich są pożary samochodów elektrycznych. Wystarczy jedno nagranie płonącego auta, aby media społecznościowe zapełniły się komentarzami: „A nie mówiłem?”, „Nigdy nie kupię elektryka”, „To przecież bomby na kołach”.
Kilka godzin później okazuje się jednak, że tego samego dnia w tym samym kraju spłonęło kilkadziesiąt samochodów benzynowych i diesli. O nich nikt już nie napisał ani słowa.
Dlaczego?
Bo pożar auta spalinowego przestał kogokolwiek dziwić. Pożar samochodu elektrycznego nadal jest sensacją.
I właśnie dlatego warto na chwilę odłożyć emocje i spojrzeć na liczby.
Choć może to zabrzmieć paradoksalnie, dostępne badania i analizy prowadzone w różnych krajach pokazują, że samochody elektryczne zapalają się rzadziej niż pojazdy z silnikami benzynowymi czy wysokoprężnymi.
Nie oznacza to oczywiście, że są całkowicie odporne na pożar
Oznacza jedynie, że ryzyko jego wystąpienia jest statystycznie niższe. Nie jest to zresztą specjalnie zaskakujące. Samochód spalinowy przez całe życie przewozi dziesiątki litrów łatwopalnego paliwa. Pracuje w wysokich temperaturach, posiada układ wydechowy rozgrzewający się do kilkuset stopni Celsjusza, turbosprężarkę, katalizator, filtr DPF, instalację paliwową oraz dziesiątki przewodów i elementów mechanicznych narażonych na zużycie.
Każdy mechanik potwierdzi, że z biegiem lat rośnie ryzyko nieszczelności, wycieków czy zwarć instalacji elektrycznej.
Samochód elektryczny eliminuje wiele z tych elementów
Nie posiada zbiornika paliwa, układu wydechowego ani klasycznego silnika spalinowego pracującego w ekstremalnych temperaturach. To jednak nie oznacza, że jest niezniszczalny.
Najwięcej emocji budzi oczywiście akumulator trakcyjny. I trudno się temu dziwić. To właśnie w nim magazynowana jest energia odpowiadająca często za kilkaset kilometrów zasięgu. W przypadku bardzo poważnego uszkodzenia, może dojść do zjawiska określanego jako thermal runaway, czyli niekontrolowanej reakcji cieplnej pomiędzy kolejnymi ogniwami.
To właśnie ten proces sprawia, że pożary samochodów elektrycznych bywają spektakularne i znacznie trudniejsze do ugaszenia.
Ale uwaga.
Trudniejsze gaszenie nie oznacza większej liczby pożarów. To dwa zupełnie różne zagadnienia, które bardzo często są ze sobą mylone. Strażacy doskonale wiedzą, że gaszenie akumulatora wysokiego napięcia wygląda inaczej niż gaszenie komory silnika samochodu spalinowego. Najważniejsze jest długotrwałe chłodzenie baterii, ponieważ nawet po ugaszeniu płomieni wewnątrz uszkodzonych ogniw, może nadal utrzymywać się wysoka temperatura.
Z tego powodu podczas akcji wykorzystuje się bardzo duże ilości wody, a uszkodzony pojazd często pozostaje pod obserwacją jeszcze przez wiele godzin. To właśnie zdjęcia takich działań obiegają później internet i tworzą wrażenie, że samochody elektryczne są wyjątkowo niebezpieczne.
Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej złożona.
Nie pomaga również sposób, w jaki funkcjonują współczesne media
Płonąca Tesla błyskawicznie trafia na portale informacyjne na całym świecie.
Płonący piętnastoletni diesel? Najczęściej pozostaje jedynie lokalną notatką policyjną. To klasyczny przykład efektu dostępności – zjawiska dobrze znanego psychologom. Im częściej widzimy jakieś wydarzenie w mediach, tym bardziej wydaje nam się ono powszechne. To trochę jak z kłamstwem, tak tym znanym wszystkim i powszechnym. Kłamstwo powtarzane wielokrotnie, staje się prawdą. Oczywiście w przenośni, a może lepiej powiedzieć w głowach ludzi, którzy to kłamstwo usłyszeli. Niestety takie są psychologiczne aspekty tego zjawiska.
A przecież liczba publikacji nie jest tym samym co liczba rzeczywistych zdarzeń.
Warto też pamiętać, że współczesne samochody elektryczne nieustannie monitorują stan swoich akumulatorów.
System zarządzania baterią, czyli BMS, kontroluje temperaturę, napięcie oraz pracę poszczególnych modułów praktycznie przez cały czas. Jeżeli wykryje jakąkolwiek nieprawidłowość, potrafi ograniczyć moc ładowania, zmniejszyć osiągi lub całkowicie unieruchomić samochód.
Dla kierowcy może to być irytujące.
Dla bezpieczeństwa jest jednak bezcenne.
Kolejny mit dotyczy samego ładowania
Do dziś można przeczytać komentarze sugerujące, że samochody elektryczne zapalają się podczas każdego szybkiego ładowania.
Nie znajdują one potwierdzenia w faktach.
Jeżeli dochodzi do pożaru podczas ładowania, bardzo często przyczyną okazuje się wcześniejsze uszkodzenie akumulatora, wada konkretnego egzemplarza albo problem z instalacją elektryczną, a nie sam proces uzupełniania energii. Dlatego producenci tak mocno podkreślają znaczenie korzystania z certyfikowanych ładowarek oraz sprawnych instalacji elektrycznych. Niezwykle ważne jest, żeby montaż wallboxa, czy stacji ładowania wykonała licencjonowana firma. W ElectricMobility.Store od lat montujemy stacje ładowania dla naszych klientów, ale faktem jest, że zajmujemy się tym od lat, a więc mamy ogromne doświadczenie w tej kwestii. Co nie zostaje bez znaczenia dla fachowości i bezpieczeństwa, czyli kluczowych kwestii.
To samo zresztą dotyczy każdego urządzenia pobierającego dużą moc.
Przez ostatnie lata ogromny postęp zrobiła również sama technologia akumulatorów. Coraz więcej producentów wykorzystuje ogniwa LFP, które charakteryzują się większą stabilnością termiczną niż wiele starszych konstrukcji opartych na chemii NCA czy części odmian NMC.
Nie oznacza to, że bateria LFP nie może ulec uszkodzeniu. Oznacza natomiast, że jej zachowanie w sytuacjach krytycznych jest bardziej przewidywalne, a ryzyko gwałtownej reakcji cieplnej jest mniejsze. Nieprzypadkowo właśnie ten typ ogniw coraz częściej trafia do samochodów miejskich, flotowych i podstawowych wersji wielu modeli.
Zmieniają się również służby ratownicze
Jeszcze kilka lat temu samochody elektryczne były dla strażaków nowością. Dzisiaj procedury postępowania z pojazdami wysokiego napięcia są standardowym elementem szkoleń w wielu krajach Europy. Powstają specjalistyczne lance chłodzące, kontenery do zanurzania uszkodzonych pojazdów oraz nowe metody zabezpieczania miejsca zdarzenia.
To naturalny etap rozwoju każdej technologii. Podobnie było przecież z instalacjami LPG czy samochodami zasilanymi wodorem.
Największym paradoksem całej dyskusji jest jednak coś zupełnie innego.
Przeciętny kierowca znacznie bardziej powinien obawiać się zaniedbań serwisowych niż samego rodzaju napędu.
Zużyte przewody paliwowe, prowizoryczne naprawy instalacji elektrycznej, uszkodzone akumulatory 12 V, czy wieloletni brak przeglądów, zwiększają ryzyko pożaru niezależnie od tego, czy samochód napędza benzyna, olej napędowy czy energia elektryczna.
Bo bezpieczeństwo zawsze zaczyna się od właściwej eksploatacji.
Elektromobilność nie jest technologią pozbawioną ryzyka
Tak samo jak nie jest nią motoryzacja spalinowa. Różnica polega na tym, że nowe rozwiązania budzą znacznie większe emocje. A emocje bardzo często zagłuszają liczby.
Dlatego następnym razem, gdy zobaczycie w internecie film przedstawiający płonący samochód elektryczny, warto zadać sobie jedno pytanie.
Czy oglądam dowód na powszechny problem…
…czy po prostu wyjątkowo rzadkie zdarzenie, które trafiło na pierwsze strony portali właśnie dlatego, że było wyjątkowe?
Bo w świecie motoryzacji, podobnie jak w życiu, sensacyjne nagłówki nie zawsze opowiadają całą historię.
Liczby są bezwzględne
I jasno pokazują, ze auta elektryczne palą się kilkadziesiąt razy rzadziej niż samochody spalinowe. Zarówno w USA, jak i Europie. Dane te można bez problemu znaleźć na rządowych stronach związanych z bezpieczeństwem transportu. Przyjmuje się na podstawie danych statystycznych, pozyskanych ze Straży Pożarnej oraz firm ubezpieczeniowych, że auta EV palą się od 5-10 razy rzadziej niż samochody spalinowe. To średnia wyliczona dla rynku ogólnoświatowego. Dane mogą się różnić w zależności od tego, jak bardzo zawęzimy badany obszar.
Fot: x.comSoya_Cincau
Zostaw komentarz